Ta historia jest tak niesamowita, że aż musimy się z Wami nią podzielić 🙂
Rubi, bo tak nazwaliśmy tego łobuziaka, błąkał się po Głownie od około 2 tygodni. Staraliśmy się go złapać, niestety przy próbie dotyku psiak gryzł i uciekał. Nie działały na niego środki usypiające, a widząc smycz uciekał w siną dal. Chcemy w tym miejscu bardzo podziękować MZK które było właściwie na każde nasze zawołanie. Niestety mimo to, psiaka nie udało się odłowić. W sobotę, o 5 nad ranem wracaliśmy z Kliniki w Konstantynowie – zawoziliśmy tam w nocy pogryzionego Nico. Na środku drogi ukazał się nasz czarny łobuziak, biegł samym środkiem jezdni. Dobrze, że o tej porze było mało aut na drodze… Z auta wysiadła Patrycja, tym razem bez smyczy i żadnych „przynęt”, wołając psiaka przeszła 4 km o 5 nad ranem, aż do samego schroniska, a pies, choć bardzo podejrzliwy – szedł za nią 🙂 No i doszedł do schroniska, chwilę się zawachał, otworzyliśmy bramę na całą szerokość, po chwili już był nasz 🙂
Rubi przespał cały dzień, był tak wykończony dwu-tygodniową tułaczką, ale chyba zrozumiał, że chcemy mu pomóc, a nie skrzywdzić… Jak tylko dojdzie do siebie, trochę doprowadzimy chłopaka do porządku i będziemy szukać najlepszego domu na świecie. Szczerze mówiąc, traciliśmy już nadzieję, że go złapiemy – przemieszczał się ciągle po terenie całego miasta, nie było jednego miejsca, w którym koczował. A tu proszę… jednak nigdy nie wolno tracić nadziei! 🙂